O autorze
Absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, dietetyk Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Warszawie oraz Polskiego Baletu Narodowego, ekspert w dziedzinie żywienia, wykładowca Wyższej Szkoły Rehabilitacji – Katedra Dietetyki. Prowadzi warsztaty w zakresie zdrowego stylu życia, w tym odżywiania się. Swoją niedokończoną zawodowo przygodę z tańcem rozpoczęła w wieku 7 lat, obecnie bierze udział w projektach tanecznych, dzięki czemu połączenie pasji i zawodu dietetyka daje możliwość realizacji i spełniania się w tym obszarze. Na bazie doświadczeń stara się o stworzenie nowego nurtu w dziedzinie nauki o żywieniu, jakim ma być dietetyka w tańcu, w odróżnieniu od dietetyki w sporcie. Poza działalnością zawodową, współpracuje także z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej. Urodzona kielczanka, zawodowo warszawianka, sercem paryżanka. Admiratorka kultury frankofońskiej, podróży i lotnictwa.

Zapraszam na śniadanie! Part One.

Czy to lato, czy to zima, dzień śniadaniem się zaczyna – przynajmniej powinien. Szczególnie u szacownych homo sapiens wyrażających swoje emocje ciałem i wylewających siódme poty na treningach... Można powtarzać do znudzenia, że to najistotniejszy posiłek w ciągu dnia. Jak jednak przekonać osobnika, który ostatnią czynnością o jakiej myśli po przebudzeniu jest po pierwsze: wymyślenie co na to śniadanie zje, po drugie: przygotowanie i po trzecie - skonsumowanie? Ranne ptaszki mają z tym raczej mało kłopotów. W gorszej sytuacji są leniwce wylegujące się do bliżej nieokreślonych godzin w łożu...

Omijanie śniadania to naprawdę poważny problem, którego skutki rzutują negatywnie na dalszy odbiór bodźców świata zewnętrznego przez cały boży dzień. Później trening pierwszy, trening drugi, często i trzeci. Żaden malkontent i żadna kłapaczko-narzekaczka nie potrudzi się szperandem w swoich nawykach i tym bardziej nie odnajdzie powodów określonych uczuć, czuć, odczuć w nawykach permanentnego lekceważenia pierwszego śniadania, a już na pewno nie skoreluje tego z brakiem energii na wysiłek fizyczny. A szkoda! Zwłaszcza ze względu na białogłowy, opanowane od stóp do głów trendem bycia na diecie połączonej z nieustannym spalaniem na sali ćwiczeń. Rozregulowanie metabolizmu, osłabienie, wahania glukozy we krwi, czy impuls w odkurzaniu wszystkiego, co napotka i uzna za zjadliwe w późniejszych porach? Owszem zużyje jakiś skromny zapas, jeżeli go w ogóle posiada, ale czy utrzyma zdrowie? Niekoniecznie – raz na rok (oby!) zostanie zmuszona do badań profilaktycznych i zaraz się zastanowi – skąd cholesterol ponad normę? Ach, ta anemia…u mnie? Jak to wyraźnie widać, łańcuszek się wydłuża; związek przyczynowo-skutkowy extramocny.
Martwiące obserwacje zmuszają do przytoczenia przykładu również następującego – filigranowe dziewczę budzi się rano już z obawą czy przez noc nie zgromadziła tłuszczyku
z kolacji (jeśli zdarzyło się ją skonsumować i jeżeli jakikolwiek w niej był), stwierdza, że po pierwsze szkoda czasu na śniadanie lub szkoda puli kilokalorii, przecież w dalszym ciągu dnia przyjdzie większy głód, po drugie znając przebiegły sposób na stłumienie porannego łaknienia, pije kawę. Nie latte, ale małą czarną, co by zatrzymać się na dwóch, w porywach do trzech, kilokaloriach. Nie taka kawa straszna, jak ją malują, ale proszę – nie na czczo i nie jako substytut posiłku! Śliczne (jeszcze), nie róbcie tego. Odbiegając od „wyskoków” można rzec problematycznych, tudzież znerwicowanych istot i wracając do możliwie występujących t.zw. frasunków idących dziarsko o poranku po wyboistych zwojach mózgowych: co na śniadanie? Zwięźle, przykładowo, tematycznie, nadzwyczaj ciekawie i sympatycznie: rodzynki i migdały. Bazą jednak białko. Czy to produkt mleczarski ze szczepem Streptococcus thermophilus (czyt. jogurt), czy to… Aaaale! Tutaj trzeba się zatrzymać. Jogurt, owszem, ale bez np. soku buraczanego czy ekstraktu z czarnej marchwi – bo to przecież nie dzięki truskawce (jeśli ten wkład można tak nazwać) tenże jogurt jest różowy i smakuje jak to napisano na opakowaniu. Ponadto: stabilizatorom, zagęstnikom, regulatorom, syropom, cukrom – trzeba by podziękować. Wniosek? Jogurt naturalny - to z pewnością - i... bazą białko! Opcja druga: mleko – niekoniecznie krowie, koniecznie zaś chude; niekoniecznie też sojowe, gdyż żadnym mlekiem ten napój nie jest (!) Pozwólcie mili, że śmiało obalę powszechny dziś mit: nieprawda, że mleko to śmierć w kartonie! Nie istnieją dowody naukowe traktujące o tym,
by stanowiło zagrożenie zdrowotne dla człowieka. Jego spożycie jest rekomendacją polskiej Rady Promocji Zdrowego Żywienia Człowieka i Światową Organizację Zdrowia. Wracając do motywu przewodniego, jakim miały być migdały i rodzynki (które słodkie, które gorzkie - odczuj człeku sam i określ), rodzynek - wysuszony owoc winorośli, oddaje potas ,regulując ciśnienie, tym samym chroniąc pikawki, które to są nierzadko roztrzepotane takim i innym rodzajem tegoż wyrażania się ruchem w rytm muzyki (mam nadzieję). Sułtanki, koryntki, Iranki... mniejsza o to, które, antyutleniają i za to trzeba je lubić. Przymigdalić do tego orzech chlubiący się wysoką zawartością wapnia, fosforu, błonnika - zwany twardo, acz uroczyście oraz charakternie z hiszpańska - Almendra i ...bakaliowy duet o poranku, jak żaden! I to z subtelnych sugestii byłoby na tyle. Poszukiwaczy nowych smaków pozostawiam być może z niedosytem... bo z takim oto właśnie trzeba wstawać od stołu, jednak gdy macie przed sobą umiarkowany wysiłek, a nie wyczerpujący trening… Ciąg dalszy nastąpi :-)
Trwa ładowanie komentarzy...